Cukier jak alkohol



 W tamtym gabinecie czas zamarzł w filiżance zimnej kawy, a słowa kolejnego psychoterapeuty opadły na moje ramiona jak ołowiany całun. „Albo pozwoli pani sobie na zjedzenie słodyczy, czy lodów i przytyje kilka kilo, albo po tak ciężkiej traumie będzie pani chora psychicznie, proszę być dla siebie dobrą” – ten wyrok brzmiał jak oficjalne przyzwolenie na nałóg. Moje serce, wciąż krwawiące po nagłej utracie partnera, skurczyło się w niemym krzyku, ale przecież terapeuta dał mi zielone światło. Świat stracił barwy, a psycholog, zamiast podać mi dłoń, wręczył butelkę z płynnym pocieszeniem. Tyle że w moim przypadku tym alkoholem był cukier. Mój sceptycyzm do psychologów był uzasadniony, nie zmieniało się to prawie 4 lata. 

 Przez kolejne miesiące, a potem lata karmiłam żal cukrowym cieniem dawnego życia, wpadając prosto w szpony regularnego uzależnienia. To nie było zwykłe podjadanie – to była czysta, destrukcyjna substytucja. Cukier działał dokładnie tak jak wóda: dawał natychmiastowe, znieczulające odurzenie, po którym zawsze nadchodził potężny, emocjonalny kac. Każdy batonik i kubek lodów był kolejnym łykiem, który miał zagłuszyć ból po stracie, a przynosił jedynie chwilowy rozbłysk i jeszcze głębszą, ciemniejszą noc. Stałam się więźniem biochemicznej pętli, staczając się w otchłań na oficjalne, psychoterapeutyczne zalecenie. Jednocześnie oczywiście leczyłam objawy, co lekarze bardzo lubią, zapominając o przyczynach. Dostawałam leki na nadciśnienie dla niepoznaki chyba nazywane "pierwotnym", wydawałam krocie na leczenie reumatoidalnego zapalenia stawów, dziś wiem, że wszystko to przez insulinooporność. 
I tak sobie usiłowałam przeżyć pływając w cukrze. 
Aż do tamtego poranka, gdy w pękniętym zwierciadle codzienności dostrzegłam iskrę buntu. Zrozumiałam że jestem na dnie, a słodki proszek niszczy mnie tak samo, jak alkohol niszczy alkoholika. To nie była chęć życia – to był czysty, pierwotny gniew przeciwko własnemu zniewoleniu. Postanowiłam przejść przez piekielnie trudny, domowy detoks. 
Zrywając z nałogiem, z dnia na dzień odrzuciłam cukier i węglowodany, wkraczając na surową ścieżkę ketozy. Bardzo pomógł mi syn, którego wreszcie zaczęłam w ogóle słuchać. Po samotnym wychowywaniu dzieci przez większość mojego dorosłego życia miałam do chłopaków podejście dosyć arbitralne w kwestii odżywiania, do momentu, gdy młodszy z synów nie zrobił specjalności psychodietetycznej.  
Początki były jak bolesny, fizyczny głód odwykowy. Ciało błagało o kolejną dawkę glukozowej trucizny, ale mój duch stał na straży tej nowej, cichej rewolucji. 
Wytrzymałam. Zaufałam czystej, chłodnej energii płynącej ze zdrowych produktów. I wtedy, niemal niezauważalnie, mgła zaczęła opadać. Mój umysł, dotąd dławiony glukozowymi burzami, odnalazł w ketonach nowe, krystalicznie czyste paliwo. To nie było chwilowe, euforyczne szczęście – to był monumentalny, głęboki spokój, który rozlał się w żyłach jak światło o świcie.
Trauma po stracie partnera nie zniknęła – wielka miłość pozostawiła w moim sercu piękny, lecz bolesny pomnik. Jednak przestałam zalewać ten ból słodkim "alkoholem". O własnych siłach, przechodząc przez ogień detoksu, wybudowałam dom na skale. Stałam się silna, trzeźwa i wolna, udowadniając, że najpotężniejsze lekarstwo i siłę do walki z nałogiem nosiłam w sobie od samego początku.
Warto było. Od dawna nie czuję się tak zdrowa i wolna. 
 

 Tego bloga robię z potrzeby serca i dzielenia się z Wami wiedzą, przepisami  i  własnymi doświadczeniami. Dla zdrowia. Zajmuje mi to jednak sporo czasu i pracy, więc będzie mi bardzo miło, jeśli ten wysiłek wesprzecie stawiając mi kawę. Bardzo dziękuję 🙂❤️☕

https://buycoffee.to/iza-dorota


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Cukrowy detoks, czyli dlaczego Twój "zdrowy" soczek owocowy tuczy

Wrap z cukinii na redukcję wagi

Harmonia smaku i metabolizmu