Wiedźmie dziedzictwo, czyli o ziołach, urokach i Tarocie
Jeżeli wydaje się Wam, że przez fakt nazwania siebie wiedźmą naprawdę nią jesteście, to posłuchajcie mojej opowieści o czterech pokoleniach kobiet w mojej rodzinie, bo krew moich przodkiń naprawdę pachnie palonym piołunem, gęsim smalcem i starym papierem. Przez wieki kobiety takie jak moja prababcia i babcia, a potem matka spychano w cień. Nazywano znachorkami, a w czasach lęku i niewiedzy – wiedźmami. Tymi, które wiedzą. Dzisiaj, po latach, rozumiem, że noszę w sobie ich geny, ich sekrety i ich niebezpieczny dar.
Moja droga powrotna do korzeni nie była oczywista. Dopiero teraz, na stare lata, podjęłam decyzję, która dla wielu jest zaskoczeniem, a dla mnie – przeznaczeniem. Wybieram się na studia podyplomowe z ziołolecznictwa i fitoterapii, namówił mnie na to ostatecznie mój syn, ale myślę o tym od dawna. To, co kobiety w mojej rodzinie robiły z intuicji, ja zamienię w naukę. Koło historii się domknie.
Zeszyt i cena wymiany
Wszystko zaczęło się na nowo, gdy babcia odeszła. Wśród jej osobistych rzeczy znalazłam stary, zniszczony zeszyt. Gdy otworzyłam go po raz pierwszy, poczułam dreszcz, a wszystkie wlosy na ciele stanęły mi dęba. To nie był zwykły przepiśnik na ciasta.
Karty gęsto pokrywało pismo, które kryło w sobie receptury na granicy światów. Obok precyzyjnych opisów działania ziół i proporcji na lecznicze mikstury, znalazłam tam zapiski o rzucaniu i odczynianiu uroków i dawnych rytuałach. Jednak najgłębiej wstrząsnęła mną jedna, powracająca w zapiskach zasada, która rządziła walką o ludzkie zdrowie. Starożytna, bezwzględna reguła: życie za życie. Aby wyrwać człowieka ze szponów śmiertelnej choroby, babcie odprawiały rytuały, w których trzeba było złożyć w ofierze życie zwierzęcia, gołębia, czy koguta. Magia i uzdrawianie wymagały krwawego balansu, którego nie oszukiwały.
Rytuały nad kołyską i szept duchów
Moje babki posiadały potężne zdolności paranormalne. Dom, w którym żyły, nigdy nie był pusty. Potrafiły przywoływać istoty z tamtej strony i rozmawiać z duchami zmarłych, jakby ci tylko na chwilę wyszli do drugiego pokoju. Widziały i słyszały to, co dla innych było niewidzialne.
Pamiętam opowieści o tym, co działo się, gdy w okolicy rodziło się dziecko. Żaden poród nie odbył się bez nich – potrafiły obrócić niemowlę w łonie matki i odebrać najcięższy poród pośladkowy. Ale ich praca nie kończyła się na fizycznym przyjściu dziecka na świat. Nad główkami noworodków odprawiały tajemne czary i rytuały ochronne. Zabezpieczały te kruche, nowe istnienia przed złem, którego tchnienie potrafiły wyczuć w powietrzu. Nastawiały też dzieciom bioderka, używając rąk, które zdawały się mieć własne, nadprzyrodzone oczy i umiejętności.Już w młodości zauważyłam, że żadne niemowlę i przy mnie nie płacze, moja dobra przyjaciółka przychodziła do mnie ze swoją córeczką zawsze, gdy dziecko czuło niepokój. U mnie na rękach uspokajała się natychmiast. Wtedy to była zupełnie jeszcze nieuświadomiona moc, jednak tę prawidłowość zauważyła matka dziecka.
Gęsi smalec, keto i pamięć komórkowa
W medycynie moich babć tłuszcz był świętością i nośnikiem życia. Kiedy płuca płonęły od zapalenia lub gruźlicy, babcie sięgały po gęsi smalec. Nacieraniem, okładami i odpowiednimi formułami wyciągały chorobę z wnętrza ciała. W tamtych czasach, tak jak w dawnych rytuałach wiedźm, tłuszcz zwierzęcy był fundamentem przetrwania, czystą energią i lekarstwem.
Dziś ten element przodkiń rezonuje we mnie w zaskakujący sposób. Mój ketogeniczny styl życia, oparty na tłuszczach, to nie tylko dietetyczny wybór. To biologiczne echo moich babć. Kiedy odrzuciłam cukier i współczesne, przetworzone jedzenie na rzecz tego czystego, poczułam, że moje ciało wraca do ustawień fabrycznych. Do energii, na której operowały one. To pamięć komórkowa – moje wiedźmie dziedzictwo, które karmi i uzdrawia moje ciało od środka.
Przekleństwo i dar Tarota
Natura, ciało i duch. Moje przodkinie zamknęły tę triadę w kartach. To one, gdy byłam jeszcze młoda, położyły przede mną talię Tarota. Nauczyły mnie go stawiać, ale nie jako formę zabawy. Nauczyły mnie czytać symbole, rozmawiać z podświadomością i patrzeć przez zasłonę czasu. Kiedy trzymam karty w dłoniach, czuję obecność ich obu. Słyszę ich szept.
To dlatego uważam, że karty Tarota to nie jest tylko wróżba, to także terapia, czyli taroterapia, której bliżej do Freuda, niż się zdaje wszystkim psychologom.
Przez lata próbowałam żyć "normalnie", spychając te opowieści na margines bajek. Ale przed własną krwią nie da się uciec.
Idę na studia z fitoterapii, bo chcę dać akademicki głos temu, co moje babcie wiedziały intuicyjnie. Zakładam fartuch laboratoryjny, ale pod nim bije serce czwartego pokolenia wiedźm. Będę badać rośliny, ale w szufladzie biurka zawsze będzie leżał stary zeszyt babci i talia Tarota.

Komentarze
Prześlij komentarz